Wyjście z PZD: decyzja, która zmienia wszystko. Co naprawdę oznacza dla ogrodu i działkowców?

Co jakiś czas w ogrodach wraca hasło: „zróbmy to sami”, „będzie taniej”, „po co nam PZD?”.

Brzmi atrakcyjnie, dopóki nie zobaczymy, jak wygląda codzienność ogrodu, który rezygnuje ze struktur PZD. Wyjście nie jest prostą zmianą szyldu, tylko gruntowną przebudową systemu, który przez lata trzymał ogród w porządku, chronił działkowców i zabezpieczał sprawy formalne.

I co najważniejsze: droga jest tylko w jedną stronę. Wrócić się nie da.

1. Stabilność dziś nie oznacza stabilności jutro

Wielu działkowców, głosując za wyjściem z PZD, kieruje się jedną, z pozoru logiczną myślą:

„Mamy dobry zarząd, wszystko działa, więc damy sobie radę sami”.

I rzeczywiście — dziś zarząd może być:

  • uczciwy,
  • pracowity,
  • kompetentny,
  • zaangażowany społecznie.

Tylko, że obecny zarząd nie jest na zawsze. Za rok może się zmienić jego skład, za kilka lat może się okazać, że nikt nie chce kandydować.

I wtedy działkowcy zostają sami ze wszystkimi problemami: z finansami, dokumentacją, infrastrukturą, likwidacjami, kontrolami, umowami, konfliktami i odpowiedzialnością prawną.

W PZD wygląda to inaczej.

W sytuacji, gdy nie można wybrać zarządu Związek ma obowiązek zareagować.

Może wprowadzić zarząd komisaryczny, uporządkować dokumenty, przeprowadzić wybory, doprowadzić ogród do normalnego funkcjonowania.

To jest narzędzie, które chroni ogród przed paraliżem.

Po wyjściu z PZD takiej ochrony po prostu nie ma.

Decyzję o wyjściu podejmuje się, patrząc na dzisiejszy zarząd — a żyje się z konsekwencjami decyzji wtedy, gdy tego zarządu już nie ma.

Najważniejsze pytanie

Nie: czy dziś damy radę.

Tylko: czy damy radę za 5–10 lat.

Bo decyzja zostaje,

nawet gdy zmieniają się ludzie.

2. „Procedury PZD są skomplikowane”. Tak — bo chronią działkowców przed nadużyciami

Niektórzy zachęcający do wyjścia z PZD mówią „w PZD za dużo biurokracji”.

Ale mało kto widzi drugą stronę: to właśnie ta biurokracja chroni ogród i działkowców przed chaosem i samowolką.

W PZD nie wolno:

  • wprowadzać dowolnych opłat,
  • zmieniać przepisów „pod siebie”,
  • wyrzucić działkowca bez podstaw,
  • prowadzić inwestycji, na które zgody nie wyraziło walne zebranie.

Każdą decyzję można zaskarżyć: najpierw do Okręgu, potem do Krajowego Zarządu.

To jest realna ochrona przed nadużyciami.

Po wyjściu sytuacja wygląda inaczej.

Działkowiec, który czuje się pokrzywdzony, może odwołać się już tylko do sądu. A to oznacza prawnika, koszty i czas.

Stowarzyszenie może uchwalać praktycznie wszystko, bo nie obowiązuje już jednolity system zasad i kontroli. Jeśli zapisy statutu są niekorzystne albo zmieniane pod wąską grupę, pojedynczy działkowiec zostaje z tym sam — bez realnego, szybkiego mechanizmu ochrony.

To nie teoria. Tak wygląda codzienność ogrodów, które wyszły ze struktur.

3. „Będzie taniej”. Nie będzie — i są na to twarde liczby

Wielu działkowców sądzi, że PZD „zabiera dużo pieniędzy”.

A prawda jest taka:

Składka członkowska: 10 zł rocznie — i w 100% zostaje w ROD.

0 zł trafia do okręgu.

0 zł trafia do jednostki krajowej.

Nie ma tańszej składki w żadnej organizacji w Polsce. To nie jest kwota, na której można „oszczędzić”.

Opłata ogrodowa — ta największa — ustalana jest przez walne zebranie i nie ma nic wspólnego z tym, czy ogród jest w PZD, czy poza nim. To są koszty: wody, śmieci, energii, remontów, księgowości, inwestycji, czyli środki na utrzymanie ROD.

Po wyjściu z PZD te koszty nie znikają. W praktyce często rosną, bo ogród musi płacić za usługi, które w PZD były tańsze albo dostępne w ramach wsparcia:

  • komercyjna księgowość kosztuje więcej,
  • obsługa prawna kosztuje dużo więcej,
  • kontrole, audyty i opinie — są płatne.

Partycypacja (realny wkład w PZD) od 2026 wynosi 0,16 zł/m² użytkowanej działki (nie powierzchni ROD), z podziałem:

  • 67% – okręgi,
  • 30% – jednostka krajowa,
  • 3% – fundusz wsparcia JT.

To z tych pieniędzy ogrody mają realne wsparcie: pomoc prawną, organizacyjną, inwestycyjną, wsparcie w sporach z gminą, w sytuacjach kryzysowych i po klęskach żywiołowych.

Po wyjściu z PZD nie ma żadnej rezerwy ani zaplecza finansowego.

Jeśli wydarzy się cokolwiek ponad bieżące funkcjonowanie, na wszystko trzeba się dodatkowo składać, bo po prostu nie ma innych pieniędzy.

I wtedy często okazuje się, że rzekome „oszczędności” istniały tylko na etapie hasła — a po wyjściu rachunki są wyższe, a wsparcia po prostu nie ma.

4. Firmy: oferta za 6 zł/os. i „success fee”

Na rynku pojawiają się firmy oferujące „obsługę ogrodu za 6 zł miesięcznie od działkowca”.

W praktyce:

  • stawka 6 zł obejmuje tylko najprostsze czynności,
  • każda realna usługa jest dodatkowo płatna,
  • prawnik to osobny koszt,
  • negocjacje z gminą — osobny koszt,
  • przygotowanie dokumentów — osobny koszt,
  • prowadzenie likwidacji lub odwołań — bardzo wysoki koszt.

Niektóre firmy stosują success fee — czyli prowizję „od sukcesu”. Reklamują się, że prowadzą sprawę „za darmo”, a dostają tylko „niewielki” procent końcowej wartości sprawy.

Tylko że dla firmy „sukcesem” jest:

  • likwidacja terenu,
  • czasowe zajęcie działek,
  • wypłata odszkodowań.

Czyli firma zarabia wtedy, gdy ogród traci teren, a działkowcy dostają odszkodowania.

Przykład:

  • odszkodowanie za naniesienia i nasadzenia: 200 000 zł,
  • success fee: 10–15%.

Efekt:

  • 20 000–30 000 zł trafia do firmy,
  • o 20–30 tys. zł mniej trafia do działkowca.

To są realne pieniądze, a nie symboliczne kwoty.

W PZD:

  • nie ma success fee,
  • działkowcy dostają 100% należnego odszkodowania.

W praktyce: działkowcy płacą za coś, co w PZD otrzymują za darmo. W PZD w przypadku likwidacji działkowiec otrzymuje pełne odszkodowanie za naniesienia i nasadzenia na działce. W przypadku obsługi przez firmę otrzyma tylko % należnej mu kwoty.

6 zł miesięcznie w praktyce

„Obsługa ogrodu od 6 zł miesięcznie od działkowca”.

To działa jak cena „od” w reklamie.

Bo 6 zł to nie jest cena końcowa — to stawka wejściowa.

Co obejmuje 6 zł?

Wyłącznie podstawy:

  • prosta administracja,
  • bieżące prowadzenie dokumentów,
  • minimum formalne.

Już na etapie pisemnej oferty stawka zwykle rośnie do ok. 25 zł miesięcznie od działkowca, bo doliczane są usługi, bez których ogród nie może normalnie funkcjonować.

Co obejmuje oferta za ok. 25 zł miesięcznie?

  • podstawową obsługę administracyjną,
  • elementarną koordynację spraw ogrodu.

Ale nadal nie obejmuje:

  • pełnej obsługi prawnej,
  • sporów z gminą,
  • likwidacji działek,
  • odwołań,
  • kontroli, audytów,
  • sytuacji kryzysowych.

To są koszty dodatkowe, płatne osobno.

Ile to realnie kosztuje działkowca?

25 zł miesięcznie = 300 zł rocznie od jednej działki.

Dla porównania:

PZD (od 2026 r.)

Partycypacja: 0,16 zł × 300 m² = 48 zł rocznie

– z zapleczem prawnym, organizacyjnym i wsparciem kryzysowym.

 300 zł vs 48 zł rocznie

 różnica: 252 zł rocznie od jednej działki

(jako koszt dodatkowy, obok opłaty ogrodowej)

Mechanizm podwyżek – o czym się nie mówi na początku

Umowy z firmami zarządzającymi zawierają mechanizmy waloryzacji, np.:

  • podwyżki powiązane z inflacją,
  • coroczne indeksowanie stawek,
  • możliwość zmiany cennika usług dodatkowych.

To oznacza, że:

  • 25 zł nie jest stawką stałą,
  • opłata może rosnąć z roku na rok,
  •  ogród nie ma realnego wpływu na tempo tych podwyżek.

W PZD:

  • nie ma automatycznego mechanizmu inflacyjnego,
  • opłaty są stabilne i przewidywalne,
  • a kluczowe wsparcie nie jest „dodatkowo wyceniane”.

5. Fundusze, które ratują ogrody

W PZD działają fundusze, których nie ma żadne stowarzyszenie:

  • samopomocowy – na pożyczki dla ROD,
  • obrony ROD – na spory z gminą, decyzje administracyjne, prawników,
  • klęsk żywiołowych – na zalania, wichury, katastrofy,
  • budowy siedzib zarządów ROD,
  • wsparcia jednostek terenowych.

To one sprawiają, że gdy ogród zaleje powódź, ktoś w ogóle przyjedzie pomóc.

Po wyjściu:

Nie ma żadnych funduszy.

Nie ma pożyczek.

Nie ma pomocy.

Nie ma wsparcia prawnego.

Trzeba radzić sobie samemu — czyli się składać.

A koszty napraw infrastruktury liczy się w dziesiątkach lub setkach tysięcy złotych.

6. Likwidacje: największe ryzyko, którego często nie widać

Likwidacja ogrodu lub jego części to najbardziej ryzykowna i skomplikowana procedura w całym systemie ROD. W PZD punkt wyjścia jest zawsze ten sam: zrobić wszystko, żeby do likwidacji nie doszło.

PZD w pierwszej kolejności walczy o zachowanie ogrodów — na etapie planów, decyzji administracyjnych, rozmów z gminami i inwestorami. Jeśli likwidacja jest nieunikniona, celem jest jej maksymalne ograniczenie: zmniejszenie zakresu, ochrona jak największej liczby działek, wywalczenie rozwiązań alternatywnych.

Gdy zarządza nim wyłącznie lokalne stowarzyszenie, cała odpowiedzialność spada na osoby działające w ogrodzie. To one muszą znaleźć prawnika i specjalistów, podpisać umowy i ponosić koszty — często jeszcze zanim będzie wiadomo, czy sprawę da się w ogóle wygrać. W takiej sytuacji działkowcy próbują bronić ogrodu tak długo, jak to możliwe, a jeśli się nie uda — wynegocjować jak najlepsze warunki likwidacji. Problem w tym, że są to procedury skomplikowane i obarczone dużym ryzykiem. Każdy błąd formalny może oznaczać utratę prawa do odszkodowania albo znacznie gorsze warunki dla ogrodu i działkowców.

Jeśli sprawę przejmuje firma zarządzająca, mechanizm wygląda inaczej. W umowach często pojawia się success fee, czyli wynagrodzenie procentowe od wypłaconych odszkodowań. W praktyce oznacza to, że likwidacja lub czasowe zajęcie terenu staje się dla firmy źródłem dodatkowego dochodu. Im większy zakres likwidacji i im wyższe kwoty, tym większy zysk. Dla działkowców likwidacja jest stratą, dla firmy może być finansowym „sukcesem”. Powstaje więc oczywisty konflikt interesów.

To zasadnicza różnica między wspólnotą, której celem jest ochrona ogrodu, a modelem usługowym, w którym zniknięcie działek może stać się źródłem zysku.

8. Porządek czy chaos? To nie jest wybór teoretyczny

W PZD obowiązują jednolite zasady.

Każdy wie, co wolno, czego nie wolno, jakie są procedury, jakie są prawa działkowca, jakie obowiązki zarządu. Na sprawy ogrodów nie patrzy się przez pryzmat lokalnych, czy wręcz osobistych interesów działaczy, ale w zdecydowanie szerszej perspektywie.

Po wyjściu ROD zasady funkcjonowania ogrodu określają ludzie, którzy akurat są u władzy. I to, co dziś wydaje się „wolnością”, jutro może stać się problemem. W lokalnym stowarzyszeniu „sterując” zebraniem można przegłosować wszystko. Jeżeli władzę w ogrodzie przejmą osoby, które będą chciały przekształcić go w nieformalne osiedle mieszkaniowe, czy też wykorzystywać działki na prowadzenie działalności gospodarczej, to zablokowanie procesu może być wręcz niemożliwe. Zjawisko to było wielokrotnie obserwowane. Gdy w grę wchodzą tak żywotne interesy jak możliwość wykorzystania działki do zamieszkania czy prowadzenia działalności gospodarczej, determinacja takich osób jest nieporównywalna w stosunku do „zwykłych” działkowców. Zastraszanie, czy wręcz przemoc jako środki mające przekonać opornych do nowych „porządków” nie należą wcale do rzadkości.

W przypadku ogrodów funkcjonujących w PZD, ryzyko takich stanów jest dużo mniejsze. Choć zarządy ROD i walne zebrania samodzielnie decydują o bieżących sprawach ROD, to nie mogą odstąpić od podstawowej zasady – teren, którym zarządzają ma pełnić funkcję ogrodu działkowego. Nie przez przypadek, zgodnie z zasadami przyjętymi w PZD, próba wykorzystywania działki na cele mieszkaniowe lub działalności gospodarczej oznacza zakaz wchodzenia w skład organów ROD.

 Moment prawdy

W każdym ogrodzie przychodzi taki moment, gdy pada pytanie:

A co, jeśli się pomylimy?

W PZD to moment na telefon.

Po wyjściu — to moment na fakturę.

 

9. PZD to nie struktura. To tarcza

Bo PZD to nie struktura administracyjna. To jest wspólnota, która patrzy szerzej i dalej.

PZD czuwa nad ogrodami — nie wtedy, gdy problem już wybuchnie, ale dużo wcześniej. Monitoruje zmiany prawa, projekty ustaw, rozporządzenia, pomysły lokalnych samorządów, które mogą uderzyć w działkowców. Reaguje zanim ktoś na poziomie pojedynczego ogrodu w ogóle zorientuje się, że coś jest nie tak.

Tak działa silna organizacja:

  • widzi zagrożenia systemowe,
  • działa zbiorowo,
  • ma skalę, głos i narzędzia.

Po rozdrobnieniu tego mechanizmu nikt nie będzie patrzył w imieniu wszystkich.

Każdy ogród zostanie sam.

Każde stowarzyszenie będzie musiało samo śledzić prawo, samo reagować, samo się bronić — często dopiero wtedy, gdy decyzje już zapadną.

A pojedynczy ogród nie ma ani czasu, ani wiedzy, ani siły przebicia, żeby walczyć z procesami, które są projektowane na poziomie gmin, ministerstwa czy projektów inwestycyjnych z wielomilionowymi budżetami.

To jest różnica między organizacją, która stoi na straży, a luźnym zbiorem małych jednostek, które dowiadują się o problemie wtedy, gdy jest już za późno.

Wystarczy spojrzeć na fakty z ostatnich lat.

Zmiana definicji altany w prawie budowlanym. To właśnie ona uchroniła tysiące altan przed masową delegalizacją, rozbiórkami i karami administracyjnymi. Ta zmiana nie wydarzyła się sama. Była efektem długiej, konsekwentnej walki PZD — rozmów, nacisków, argumentów prawnych i politycznych. Pojedyncze ogrody nie miałyby żadnych szans, by coś takiego wywalczyć.

Pandemia. W czasie, gdy parki, lasy i miejsca rekreacji były zamknięte, działkowcy mogli nadal korzystać ze swoich działek — pracować, odpoczywać, dbać o zdrowie psychiczne i fizyczne. To również nie było „oczywiste”. To był efekt realnej interwencji PZD, który stoczył bój o to, by ogrody działkowe nie zostały wrzucone do jednego worka z terenami rekreacyjnymi i zamknięte decyzją administracyjną.

Plany ogólne gmin. Z pozoru techniczna zmiana w planowaniu przestrzennym, w praktyce — ogromne ryzyko dla istnienia ogrodów.

Ochrona przed wzrostem cen energii elektrycznej.  Bez interwencji PZD, ROD znalazłyby się poza systemem taryf ochronnych. To PZD opracował propozycje konkretnych przepisów i przekonał parlamentarzystów do ich poparcia, mimo oporu ze strony przedstawicieli resortu. Efektem były oszczędności na rachunkach ROD sięgające nawet 100 mln zł rocznie.

Tak właśnie działa silna organizacja. To nie pojedyncze ogrody monitorują projekty ustaw, zgłaszają uwagi, uczestniczą w konsultacjach i interweniują, gdy pojawiają się koncepcje groźne dla działkowców.

To robi PZD, w imieniu wszystkich działkowców.

Ale to jest również siłą PZD, że jego głos, to głos wszystkich działkowców.

Czuwa, zanim problem stanie się katastrofą.

Po rozdrobnieniu tego mechanizmu nie będzie.

Nie będzie nikogo, kto patrzy całościowo. Nie będzie zaplecza, które wyłapuje zagrożenia na etapie przygotowania projektów i „niewinnych” propozycji zmiany przepisów.

Warto zadać sobie jedno, bardzo proste pytanie:

czy w imię hasła „samodzielności” naprawdę chcemy zrezygnować z parasola, który przez lata chronił ogrody — i zostawić je pojedynczo na coraz trudniejszym polu gry?

Czy w dzisiejszym świecie wobec, coraz bardziej skomplikowanego prawa i coraz silniejszej presji, pojedyncze ogrody są gotowe na to, by funkcjonować każdy sam?

Dla siebie i dla tych po nas

Wielu z nas przejęło działki po rodzicach.

Warto zostawić je w systemie,

który daje bezpieczeństwo także następnym pokoleniom.

10. PZD nie walczy o posady. PZD walczy o przyszłość ogrodów

W przestrzeni publicznej czasem pojawia się łatwy zarzut, że PZD „broni stołków”.

Tyle że ten zarzut jest zupełnie irracjonalny.

 W strukturach PZD pracują osoby o wysokich, wyspecjalizowanych kompetencjach, które bez problemu znalazłyby zatrudnienie w kancelariach prawnych, firmach geodezyjnych, biurach księgowych czy administracji publicznej — i często zarabiałyby tam więcej.

To prawnicy znający specyfikę gruntów zajmowanych przez ogrody działkowe, specjaliści od skomplikowanych procedur administracyjnych i własnościowych, osoby poruszające się w gąszczu przepisów dotyczących planowania przestrzennego, inwestycji, wywłaszczeń, ochrony środowiska i finansów publicznych. To także ludzie, którzy na co dzień prowadzą trudne negocjacje z gminami, instytucjami państwowymi i inwestorami oraz potrafią przeprowadzić ogród przez długie, wieloetapowe procesy formalne.

To nie jest wiedza teoretyczna ani jednorazowa usługa — to doświadczenie budowane latami, dokładnie w tym obszarze, w którym ogrody potrzebują najczęściej wsparcia. To nie są stanowiska, których ktoś musi się kurczowo trzymać, bo alternatywa jest gorsza. Przeciwnie — to ludzie, którzy wybrali pracę w Związku, bo wierzą, że ogrody działkowe mają sens i wartość. To często idealistyczne przekonanie, że zielone miejsca w miastach nie mogą przegrać z interesem najsilniejszych.

Ale w skali całego PZD, osoby na etatach to niewiele około 200 osób. Zdecydowana większość pracy na rzecz ogrodów wykonywana jest przez społecznych działaczy. Na każdym poziomie organizacyjnym, od ogrodu, przez okręgi po organy krajowe, prowadzeniem spraw Związku (czyli ogrodów) zajmują się osoby pełniący funkcje społecznie. Co istotne, by zasiadać w organach PZD, trzeba być działkowcem.  To jest prawdziwa wartość tej organizacji. „Etatowcy” zapewniają wsparcie merytoryczne, ale zdecydowaną większość spraw załatwiana jest dzięki pracy dziesiątek tysięcy działkowców, którzy działają społecznie w organach PZD na wszystkich szczeblach organizacji. Ich zaangażowanie, połączone z wypracowanymi na przestrzeni lat mechanizmami współdziałania w ramach organizacji, pozwalają zapewnić sprawne funkcjonowanie ROD, w których z działek korzysta około 1 miliona polskich rodzin.

Dlatego mówienie, że PZD walczy „o stołki”, jest po prostu nieprawdziwe.

Gdyby jutro Związek przestał istnieć, nie znikną stołki żadne stołki, tylko system wsparcia, który organizuje pracę dziesiątek tysięcy wolontariuszy działających na rzecz miliona polskich rodzin. A problemy ogrodów nie znikną. Natura nie znosi próżni i aby je rozwiązać, każdy z ogrodów musiałby szukać pomocy samodzielnie, na rynku. Czyli każdy z ogrodów zapłaciłby za te wsparcie osobno, zapewne dużo więcej niż obecnie.

Dlatego trzeba powiedzieć jasno:

PZD nie walczy o stołki. PZD walczy o prawa działkowców — bo w istocie PZD to działkowcy.

 Nie ma już parasola

Dopóki padało lekko,

nikt nie zauważał parasola.

Dopiero gdy przyszła ulewa,

okazało się, że był potrzebny.

11. PZD kontra działkowcy? To fałszywy obraz. PZD to działkowcy

W dyskusjach publicznych czasem próbuje się ustawić prostą i chwytliwą narrację: że „działkowcy są po jednej stronie, a PZD po drugiej”.

To rozróżnienie dobrze wygląda w Internecie, ale nie ma żadnego związku z rzeczywistością.

PZD nie jest instytucją zewnętrzną wobec działkowców. PZD to działkowcy.

To oni tworzą Związek, wybierają jego władze, decydują o uchwałach, kierunkach działania i zasadach funkcjonowania ogrodów.

Zarządy ROD to działkowcy.

Delegaci to działkowcy.

Komisje rewizyjne to działkowcy.

Walne zebrania, które są najwyższą władzą ogrodu — to także działkowcy. Organy okręgowe to działkowcy. Wreszcie władze krajowe PZD to również działkowcy. § 34 i § 11 Statutu PZD, przesądza jednoznacznie, że członkiem organu PZD może być jedynie działkowiec.

Związek nie istnieje obok działkowców. Związek istnieje przez nich i dla nich.

Dlatego fałszywy jest obraz, w którym PZD „stawia się ponad ogrodami” albo „wychodzi przeciwko działkowcom”.

W praktyce wygląda to inaczej:

to właśnie struktury Związku pomagają ogrodom tam, gdzie społeczni działacze z ROD nie mają ani narzędzi, ani czasu, ani wiedzy, aby zmierzyć się z urzędami, inwestorami czy zawiłymi przepisami.

Jeśli odejmie się PZD od równania, nie zostanie „większa wolność”, tylko brak ochrony i brak wsparcia.

Warto zapytać

Gdy pojawia się pomysł wyjścia z PZD, zawsze znajdą się osoby, które mówią, że „tak będzie lepiej”„prościej”„nowocześniej”.

Rzadko jednak pada odpowiedź na jedno, bardzo ważne pytanie:

dlaczego tak bardzo im na tym zależy?

Bo dla zwykłego działkowca zmienia się niewiele —

opłaty i tak trzeba płacić,

regulaminy i tak trzeba mieć,

problemy i tak przychodzą.

Za to odpowiedzialność spada na wszystkich,

a ochrona, którą dawał system, znika.

Dlatego zanim zagłosuje się za wyjściem,

warto zapytać nie tylko „co zyskamy”,

ale też „kto i po co najbardziej chce tej zmiany”.

12. Jeszcze jedno pytanie: kto weźmie odpowiedzialność?

Wyjście z PZD oznacza, że:

  • zarząd odpowiada za każdą decyzję,
  • błędy kosztują realne pieniądze,
  • koszty rosną, bo nie ma wsparcia,
  • wszystko trzeba zorganizować samodzielnie,
  • bezpieczeństwo prawne ogrodu spada,
  • a działkowcy zostają bez ochrony i bez możliwości odwołania.

To nie jest decyzja o tym, czy chcemy PZD.

To decyzja o tym, czy chcemy wszystko robić sami — i płacić za to sami.

13. I na koniec: dlaczego ta decyzja naprawdę jest poważna

Wyjście z PZD to nie:

  • zmiana nazwy,
  • zmiana tabliczki,
  • oszczędność kilku złotych.

To decyzja, która:

  • znosi system bezpieczeństwa ogrodu,
  • przerzuca odpowiedzialność na działkowców,
  • zwiększa koszty obsługi,
  • likwiduje wsparcie merytoryczne i ochronę prawną,
  • kończy dostęp do funduszy pomocowych,
  • osłabia pozycję w relacjach z gminą,
  • usuwa możliwość odwołań,
  • otwiera drogę do niekontrolowanych zmian w regulaminie.

I najważniejsze:

po podjęciu tej decyzji nie da się jej cofnąć.

Wyjście z PZD nie jest wyborem między wolnością a ograniczeniami — jest wyborem między wspólnotową ochroną a samotnością w relacjach z otoczeniem, w którym funkcjonują ogrody. Otoczeniem, w którym od lat dominującą pozycję zajmują podmioty, postrzegające ogrody wyłącznie przez pryzmat wartości gruntów, a funkcjie społeczne, jakim służą ROD, mają drugorzędne znaczenie. Choć dla każdego, kto zna historię ostatnich lat, to truizm, warto go przypomnieć – to, że polskie rodziny nadal mają dostęp do miliona działek w ROD, nie wzięło się znikąd, większość z tych działek przetrwało, bo działkowcy mieli PZD, bo kiedy było to potrzebne milion polskich działkowców było razem i razem walczyli w obronie swych ogrodów.

 

Krajowy Zarząd polskiego Związku Działkowców

„Rok bez PZD – opowieść z życia ogrodu”

Na początku wszyscy są zgodni.

— Po co nam PZD? Sami sobie poradzimy.

— Będzie taniej.

— Mniej papierów.

Pierwsze miesiące są spokojne. Zarząd działa, trawa rośnie, grille dymią.

Ktoś nawet mówi:

— Widzicie? Da się.

Potem przychodzi pierwsze pismo z urzędu.

— Ktoś to przeczyta?

— A trzeba?

— A do kogo to było wcześniej wysyłane?

Zaczynają się telefony.

— Może trzeba prawnika.

— Ile bierze prawnik?

Zapada chwila ciszy.

— To się złożymy. Jednorazowo.

Mija pół roku. Pojawia się kolejny problem: plan gminy, kontrola, interpretacja przepisów.

— To chyba coś poważniejszego.

— Może jednak kancelaria?

— Ale dobra, jeszcze raz się złożymy.

Na walnym zebraniu nastroje są już inne.

— Dlaczego to tyle kosztuje?

— Dlaczego nikt nas wcześniej nie ostrzegł?

— Kto za to odpowiada?

Chętnych do zarządu jest coraz mniej.

— To za duża odpowiedzialność.

— Ja mam pracę, rodzinę, zdrowie.

— Niech ktoś inny.

W końcu przychodzi naprawdę trudna sprawa: zagrożenie likwidacją części terenu.

— Trzeba negocjować.

— Z kim?

— Jak?

— Na jakich zasadach?

Ktoś cicho mówi:

— To chyba był ten moment, w którym PZD robiło robotę.

Ktoś inny rzuca, pół żartem, pół serio:

— To może wracamy?

Odpowiedź przychodzi szybko:

— Nie bardzo. To był bilet w jedną stronę.

I wtedy wszyscy rozumieją jedno:

że „samodzielność” nie polega na tym, że nie ma problemów, tylko na tym, że gdy się pojawiają, nie ma już nikogo, kto bierze je na siebie.

 

Facebook
Twitter
LinkedIn
Pinterest